piątek, 23 maja 2014

Maryjki (czyli moje) z borowym spotkanie – słowiańskie wierzenia prawdziwe takie.

     Ludzie słodcy, nie zgadniecie, no nie ma sposobu, nie zgadniecie, co ja wczoraj widziałam w lesie! Było już ciemno, prawie noc, a ja samiuteńka w samiuteńkim środku lasu. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie jestem, bo mrok mi ścieżki tak pomylił, może to jakiś błęd drogi pozamieniał, że ścieżynka, którą przecież dobrze znałam i za dnia przemierzałam, wydawała się nie mieć końca. Czyżbym w innym wymiarze się znalazła lub w jakim złym śnie? Las był niebezpieczny, ponoć duch bez głowy w nim straszył i mafia. Im dalej szłam, tym ścieżka stawała się wilgotniejsza, w okolicy tej jeziorko leśne ponoć kiedyś było, ze starorzecza powstałe. Jeziorka nie ma, ale bagniska pozostały, a bagnisko w lesie nocną porą jest jednym z najstraszniejszych miejsc, w jakie można zawędrować. Myślałam już, że żadnym sposobem do domu nie wrócę, z rodziną się żegnałam i ukochanymi stworami domowymi, gdym postać jakąś zobaczyła przed sobą na dróżce. 

     Mam takie słabe serce, ach, ludzie, przecież dobrze wiecie, jakiego zdrowia słabego jestem. Cud, żem zawału nie dostała! No więc patrzę i choć ciemność okrutna, zobaczyłam dziada tak wysokiego jak taki średniej wielkości świerczek obok. Gębę miał tak bladą jak jakaś oiran, jak miesiąc świeciła! Brodę miał i wąsy, ale zaskakująco schludnie ułożone, tylko we włosach na głowie miał szyszki jakieś powtykane. Taką brodę i wąsy jak ta głowa drewniana, co z jeziora w Janikowie ją wyjęli miał. Matuchno najniebieściejsza, ale się zlękłam! Idzie do mnie ten dziad i idzie, jest coraz bliżej, a mnie jakby nogi w ziemi utknęły. Już tylko kilka kroków dzieli nas od siebie! 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Leszy
Matuchno najniebieściejsza, tak właśnie wyglądał ten dziad, dokładnie! Tylko ubrany był i brodę miał schludniejszą, ale te szyszki takie same miał wplecione.

     Stanął w końcu, rękę ku mnie wyciągnął, przestraszyłam się, że chce mi coś zrobić, ale potem spostrzegłam, że laskę rzeźbioną w niej trzymał. Znaki jakieś drugą ręką zaczął mi dawać, zrozumiałam, że mam za rączkę tego drewnianego czegosia złapać. Gdy to uczyniłam, odwrócił się zaraz i prędko iść gdzieś zaczął, ciągnąc mnie za sobą. To było jak sen, naprawdę! I patrzę w pewnej chwili, już na skraju lasu stoję, przede mną łąka, a za nią dom mój na morenie stoi. Dziad zniknął, jakby tylko snem właśnie był, a ja do domu wróciłam. Dopiero, gdy w pokoju swoim się znalazłam, przypomniałam sobie, że to przecież borowy mógł być, kto inny, babcia mi o nim opowiadała. Inni go leszym nazywają, ale w lasach na Wschodzie to może sobie być leszy, u mnie borowy zawsze był i basta. Wiecie co, gdybym sama była borowym, to bym też siebie z lasu wyprowadziła, jakbym do niego wlazła. 

Naprawdę, tak właśnie było! 

     Na wszelki wypadek informuję, że tekst nie był stylizowany ani na żadną gwarę ani nic w tym rodzaju, chciałam jedynie w miarę wiernie oddać sposób, w jaki opowiadam plotki w mojej wsi na końcu świata. 

2 komentarze:

  1. Toć to zapewne nasz władca lasu! Ciekawe czy nadal ma mi za złe zdeptanie jego grzybka. Tobie najwyraźniej już wybaczył. Wyraz twarzy na zdjęciu taki straszny.On patrzy na mnie!
    Niebezpiecznie jest się błąkać w nocy po lesie. No cusz.

    OdpowiedzUsuń